• Wpisów: 284
  • Średnio co: 6 dni
  • Ostatni wpis: 2 lata temu, 20:05
  • Licznik odwiedzin: 37 821 / 1837 dni
 
kuczkaxd
 
Julia była strasznie roztrzęsiona, nie miała raczej ochoty gadać o Karolu.
- Może nie powinnam była pytać? – Złapałam ją za dłoń..
- Oh. Leno… Podejrzewam, że Karol ma kogoś. – Wybełkotała.
Zamurowało mnie. Karol? Taki spokojny chłopak?! Zawsze wiedziałam, że aż taki grzeczny, na jakiego wygląda, to wcale taki nie jest… Pozory mylą.. Oj tak.
- Co Ty mówisz? – Spytałam.
- Często wyjeżdża poza miasto na delegacje… A jeśli ona jest atrakcyjniejsza? - Widziałam załamanie w jej oczach.
Karol jest przedstawicielem handlowym. Odkąd pamiętam, nigdy go w domu nie było. Ale kochanka? Nie, nie to nie mogła być prawda.
- Julka, spokojnie. Mam z nim porozmawiać? – Zapytałam, chcąc pomóc.
- Ja już siły nie mam. Opadam psychicznie. Jest wiele dowodów na jego niewierność. Jak ja mam o tym powiedzieć teściowej? – Wypiła łyk kawy.
- Skarbie. Nie podejmuj pochopnych decyzji. – Oparłam dłoń o głowę i zaczęłam głęboko się zastanawiać nad wszystkim .
Nie minęło kilka minut. Obje w milczeniu dokończyliśmy jeść ciastko i pić kawę. Byłyśmy wmurowane. Żadna z nas nie widziała wyjścia z tej trudnej sytuacji. Postanowiłam odwieźć Julię do domu, bo to, by poczuła, że ma we mnie stu procentowe oparcie.
Julia jest roztrzęsiona. Wysiadam z samochodu, otwierając jej drzwi od drugiej strony. Wysiada, puszczając przy tym małą, miętową torebeczkę. Robi mi się jej żal. Szybko podnoszę torebkę, w nadziei, że nie ubrudzi się na tej zaśmieconej, śmierdzącej od spalin ulicy.
- Przepraszam. – Wypowiada.
- Ależ nie masz, za co. Julko… - kiwam bezsilnie głową.
Julia bierze ode mnie torbę i idzie pod bramę, gdzie usilnie próbuje trafić w zamek od drzwi. Po paru nerwowych ruchach, przekręca klucz i otwiera bramę.
- Do zobaczenia! – Wykrzykuję.
Julka obraca się tylko do mnie i próbuje uśmiechnąć, ale jej to nie wychodzi. Widzę, że jest z nią źle. Wsiadam z powrotem w samochód i planuję wrócić do domu. Przejeżdżam przez opustoszałe ulice. Jest zimno, ponieważ szyby zaczynają parować z każdym moim oddechem. Na chodnikach próbuję rozpoznać, czy dozorcy dbają o bezpieczeństwo mieszkańców. A tu… Nawet nieposypane. A potem dziwią się, że szpitale są oblegane przez pacjentów. Staję na światłach. Czekam i czekam. Paznokciami obijam o kierownicę. Czy to światło zamarzło?! Po długim wyczekiwaniu, w końcu dostrzegam zielone światło, oznaczające, że mogę już jechać. Zza rogu wyjeżdża motocyklista. Wydaje się być bardzo zmarznięty.. No, ale na dworze panuje mróz, a on w samym środku miasta, jedzie na motorze… Ludzie są tacy nieodpowiedzialni. A jakby mu się coś stało? Nikt by mu nie pomógł.. Taka jest właśnie Polska. Po kwadransie dojeżdżam pod klatkę. Mieszkam w 4 piętrowym bloku. Nienawidzę chodzić po schodach. Podchodzę do drzwi od klatki i wystukuje kod na domofonie. Biorę swoje patałachy i zabieram się powolnie wchodząc po schodach.
- Hej skarbie! – Rzucam się na szyje Lukasowi
- No cześć. – Odpowiada szarmancko.
- Co znowu? – Moja twarz blednie.
- Dostaliśmy list od komornika. – Mówi.
- Jasna cholera. – Ze złości trząsnęłam drzwiami.
- Ile tym razem? – Ściągam torbę z ramienia.
- 2 Tysiące. – Odparł.
- Uff.. – Czuję jak wypływa ze mnie powietrze
Nie powiedziałam wam o ważnej rzeczy. A może mniej ważnej? Odkąd kupiliśmy to mieszkanie, kredyt wchodzi nam na głowę. Ledwo wiążemy koniec z końcem. Nie mamy zbyt dużo oszczędności, a trudy życia, zwalają się nam na głowę z każdym dniem.
- Zarobię jakoś. – Lukas, po raz pierwszy się uśmiecha.
- Dobrze wiesz, że nie musisz. – Przytulam go.
- Leno. Nie zrobię tego. Nie pożyczę od nich pieniędzy. – Odpycha mnie.
- I co z każdym miesiącem mamy się obawiać komornika?! – Krzyczę.
- Nie! Poradzimy sobie, obiecuje. – Opuszcza głowę w dół.
- Wiesz, już kiedyś to słyszałam. – Obrażam się na niego.
- Czyżby… „ (…) W zdrowiu i w chorobie, w bogactwie i w biedzie… (…) ” - cytuje słowa przysięgi.
- Idiota! – Siadam nerwowo na kanapę.
- Skarbie…. – Podchodzi do mnie i bierze moją dłoń, przykładając ją sobie do policzka.
- Rozumiem, że się boisz. Ale dopóki mamy siebie, nic nam nie zagraża… - stwierdza.
- Kocham Cię. - Uśmiecham się.
Zbliża się do mnie, siada na kanapie i namiętnie mnie całuje, dotykając moich kolan.
- Eejej. Nie teraz. – Przerywam mu.
Patrzy na mnie lodowatym spojrzeniem.  Wstaje z kanapy i podchodzi do okna, mówiąc: •- Leno. Jesteśmy już grubo po ślubie. A efektów naszej miłości nie widać..
- Co?! W takim momencie chcesz mieć ze mną dziecko?! – Wystraszyłam się.
- Kasą się martwić nie musisz. A opieka.. Przecież Ci pomogę. – Wzrusza ramionami.
- Nie, nie, nie! Lukas, zapomnij… - wzdycham.
- A jeśli Cię poproszę? – Pyta.
- Co tu ma być do proszenia? Lukas, dziecko to nie zabawka. – Wstaje z kanapy i podchodzę do niego.
- To jest wielki obowiązek. – Kończę.
- No niby tak. Ale nigdy nic nie wiadomo, co się z nami stanie. Życie jest takie krótkie. – Odpowiada.
- Już chcesz umierać? – łapię się za głowę.
- Nie o to chodzi. – Kiwa głową.
Naszą rozmowę przerywa dźwięk domofonu.
- Spodziewasz się kogoś? – Zapytał.
- Na pewno nie dziecka. – Oparłam się o ścianę.
- Oj ty moja złośnico. – Uśmiecha się.
Ohh. Jak ja go kocham, to wy sobie nie zdajecie sprawy.

__________________________________________________________
I oto 2 rozdział ^..^ Mam nadzieję, że się wam spodoba. Pozdrawiam ;)

  •  
  • Pozostało 1000 znaków
Wyświetlanie: od najstarszego | od najnowszego
skomentuj
  •  
  • Pozostało 1000 znaków